sobota, 8 grudnia 2012

Dear Paris, I miss you...

 Jako że na zewnątrz pizga złem i mrokiem, więc okazji na zdjęcia brak (chociaż może na dniach wykażę się tym heroizmem i odmrożę sobie tyłek przez jakieś 10 baaardzo długich minut?), postanowiłam dodać posta nieco innego niż zwykle. Bo miało być o modzie, typowo szafiarsko, ale po co się szufladkować? Poza tym, ten wyjazd zainspirował mnie jak nic i nikt dotąd. I chociaż byłam tam prawie rok temu, to wciąż myślami wracam do tamtego miejsca. Bo to miasto przyciąga. Nie wierzcie ludziom, którzy twierdzą że jest przereklamowane i że nic ciekawego tam nie ma. Kłamią, albo po prostu nie są w stanie dostrzec jego magii. Ja dostrzegłam. I przywiozłam ze sobą parę zdjęć żeby pokazać innym trochę tej magii. I obiecałam sobie że wrócę. Za rok, dwa, a może i za dziesięć. Ale wrócę z całą pewnością, bo nie ma miejsca na świecie w którym dotąd czułabym się tak dobrze.



Dobra. Jedyną rzeczą która mnie rozczarowała jest Wieża Eiffla. Bo ok, z daleka pięknie dopełnia obraz Paryża, a z niej samej roztacza się nieziemski widok (który pewnie wygląda jeszcze lepiej w ciepły, słoneczny dzień), ale z bliska? Ot taka sobie kupa żelastwa. Nic specjalnego. Jedyny plus, to panorama która ukazuje się nam po wjechaniu na samą górę (chociaż nie jestem do końca pewna czy warto czekać 2h w kolejce tylko dla tego widoku).



Z takiej perspektywy zapowiadała się całkiem obiecująco, im bliżej tym gorzej... 

Z kolei miejscem które w stu procentach zawładnęło moim sercem jest Montmarte - dzielnica która niegdyś skupiała paryskich artystów. Mieszkał na niej sam Picasso. Kiedy myślę o Paryżu, od razu mam przed oczami właśnie to miejsce. Maleńkie kafejki, wąskie brukowane uliczki i ten niepowtarzalny klimat. 
  I jak na złość akurat tam mój aparat musiał zacząć strzelać fochy.

I czymże byłby Paryż bez słynnego Moulin Rouge? Obiecałam sobie, że następnym razem gdy będę w pobliżu, odżałuję tą niemałą sumkę i obejrzę przedstawienie.

Kolejnym miejscem, które wywarło na mnie ogromne wrażenie był Pere Lachaise - jeden z najsłynniejszych paryskich cmentarzy. Ogromna przestrzeń, cała zabudowana imponującymi nagrobkami, rzeźbami, sprawiała wrażenie opuszczonego miasta. Mnie oprócz 'architektury' interesował również grób Jima Morrisona, wokalisty jednego z moich ulubionych zespołów - The Doors. Odrzucił mnie odrobinę fakt, że płyta nagrobkowa nosiła na sobie ślady... pocałunków! Odbita kobieca szminka wołała do mnie z zimnego kamienia. Miłość do idola, rozumiem, ale to już chyba lekka przesada. Myślałam że już nic mnie na świecie nie zdziwi. 


I żeby nie było za kolorowo - Luwr. Wychwalany pod niebiosa. Dla mnie? Nic specjalnego. Tak, dzieła sztuki były piękne, ale ilość ludzi (szczególnie przy portrecie Mona Lisy) była przytłaczająca i odbierała jakiekolwiek chęci do zwiedzania. Tak więc zrobiłyśmy z koleżanką jedną szybką rundkę po piętrze i poszłyśmy na kawę bo dłuższe poruszanie się w takim tłumie nie miało większego sensu. 


Na koniec podsumowanie, a raczej może zbiór tego, co w Paryżu spodobało mi się najbardziej. I wyrwane z kontekstu raczej nie ma najmniejszego sensu, jednak razem, układa się w jedną magiczną całość. Bo Paryż tworzą ludzie - świetnie ubrani, piękni, stylowi, małe elementy budynków, neony ulicy czerwonych latarni, karuzele, sklepy, nawet bilboardy, które  tam wydają się piękniejsze. 


   Musiałam wyglądać co najmniej komicznie chodząc i pstrykając zdjęcia wystawom sklepowym i ludziom, ale to było silniejsze ode mnie. Wszystko na ulicach mnie zachwycało!





   Automaty z rowerami to kapitalny pomysł! Następnym razem wypożyczę taki i będę cały dzień jeździć nim po Paryżu w berecie i uroczym kombinezonie, a do koszyczka włożę bagietki!


    W tych okiennicach zakochałam się już od pierwszego wejrzenia i na miejscu obiecałam sobie, że kiedyś będę mieszkać w kamienicy z identycznymi.



 

   
Jeśli ktoś dotrwał do końca tego dłuuuuuugiego jak Mur Chiński to składam serdeczne gratulacje. Chyba już tak mam, że o rzeczach, miejscach i osobach które kocham mogę się rozpisywać godzinami. Właśnie pokazałam Wam skrawek siebie, mam nadzieję że nie zanudziłam Was na śmierć i że chociaż trochę się podobało.






7 komentarzy:

  1. Cieszę się bardzo i dziękuję ,że odwiedziłaś mój blog :) Moja czerwona sukienka jest z Zary ;) Prowadzisz ciekawego bloga ,sama dwa lata temu byłam w Paryżu w okresie świateczno -sylwestrowym i Twoje zdjęcia sprawiły mi wiele radości :) Już sobie obserwuję Twój blog bo sama swojego założyłam niedawno bardzo mnie interesują raczkujące blogi jak mój :) Zapraszam Cię ponownie do siebie
    pozdrawiam i 3mam kiukusy za powodzenie bloga
    tmagdaa.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Paryz jest magiczny i ja tez tesknie za nim i wroce tam :))

    OdpowiedzUsuń
  3. Hm, nigdy jakoś nie ekscytował mnie Paryż, może to dlatego, że nigdy tam nie byłam. Ale z Twojej perspektywy wygląda on cąłkiem interesująco! Niesamowite, że są miejsca, już nie mówię kokretnie o Paryżu, bo dla każdego może to być inne miasto, które są magiczne, i do których tak bardzo chcemy wracać.

    OdpowiedzUsuń
  4. cudne zdjęcia<3 Kocham Paryż!

    OdpowiedzUsuń
  5. Kocham i wielbię Paryż nad życie :) Byłam raz, ale wiem, że wrócę na pewno, nie raz, nie dwa :)

    OdpowiedzUsuń
  6. ale zazdroszczę takiego wyjazdu *.* :)

    OdpowiedzUsuń
  7. masz wspaniałego bloga! będzie mi miło jeśli spodoba Ci się mój i również go zaobserwujesz ;))

    OdpowiedzUsuń