Jestem w niebie. Kiedy świat jest pokryty warstwą białego puchu, mam wrażenie że znalazłam się w jednej z tych tandetnych, ale uroczych szklanych kulek sprzedawanych na odpuście. W takiej scenerii nawet szary, nudny Śląsk wygląda choć odrobinę bajecznie. Zima zawsze jest dla mnie okazją do refleksji, zastanowienia się na priorytetami w moim życiu. I jednocześnie w tym okresie budzi się we mnie dzieciak, który ma ochotę wskoczyć w zaspę albo pozjeżdżać na sankach. Też tak macie?
Akurat kiedy temperatura spadła sporo poniżej zera, ja zapragnęłam zdjęć. Więc co tu robić? Jak się niema co się lubi co się ma. Postanowiłam coś ukulać w domu. Efekty jako takie, ale lepszy rydz niż nic (btw jakoś mnie wzięło dzisiaj na przysłowia). Dzisiejsza stylizacja jest wyjątkowo, jak na mnie ciemna. Postanowiłam połączyć nową, połyskującą spódniczkę z welurowym sweterkiem który odstąpiła mi Marta. Do tego dobrałam, dawno zalegające w szafie szpilki. Cholernie niewygodne, ale piękne. To ten typ buta, który założysz na 15 minut, a potem już będziesz tańczyć boso. Nie jestem wyznawczynią zasady 'dla urody trzeba cierpieć'. Jasne. Mogę pocierpieć, ale chwilkę. Bez przesady. Nie spędzę pięciu godzin w obuwiu w którym czuję się jak gejsza czy siostra Kopciuszka (ta z oryginału braci Grimm). Kopertówka kupiona rok temu za studniówkę chłopaka, również nie jestem najbardziej praktyczną na świecie rzeczą i służy mi jedynie od święta. Bo nie rozumiem koncepcji torebki którą muszę trzymać w ręce. Chyba że wybieram się do opery albo na premierę kasowego filmu.
A Wy macie w szafie rzeczy które kupiliście pod wpływem chwili, a teraz leżą sobie na dnie szafy i czekają na odpowiedni moment?
spódniczka - sh, buty - sklep z tanim obuwiem, koperówka - New Look
niedziela, 13 stycznia 2013
wtorek, 8 stycznia 2013
koniec i początek.
Witajcie w nowym roku kochani. Mam nadzieję że jego pierwsze dni przyniosły Wam wiele radości i pozytywnych zmian. Mi jedynie smutek, bo musiałam uśpić moją 8letnią kotkę...
Pomimo to nie poddaję się i wkraczam w 2013 z pozytywnym nastawieniem do życia i głową pełną pomysłów. Sylwestra spędziłam dość kameralnie, w gronie przyjaciół i chłopaka, ale mimo to bawiłam się świetnie ubrana w fioletową sukienkę New Looka, opaskę ze stroikiem za trzy złote i kapcie.
Dzisiejsze spontaniczne zakupy w lumpeksie w drodze ze szkoły wzbogaciły moją szafę o prawdziwe skarby. Najważniejszym nabytkiem są srebrne brokatowe spodnie z podwyższonym stanem, czyli mój absolutny must have na zbliżające się miesiące. Punkt drugi to prosta, skrząca się spódniczka do połowy uda. Znalazłam również elektrycznie niebieską, zwiewną koszulkę w której zakochałam się od pierwszego wejrzenia. W połączeniu z jeansami stworzy seksowny, ale niezobowiązujący look.
Uwielbiam lumpeksy. Mogę w nich zdobyć unikalne, nieraz świetne jakościowo rzeczy niemalże za bezcen. I po co komu "tiszert" za 99pln?
Gdyby ktoś zadał mi pytanie - gdybym była zwierzęciem to jakim - bez zastanowienia odpowiedziałabym że sroką. Kocham wszystko co się błyszczy. Moim zdaniem nie cekiny, brokat i połyskujące tkaniny nie są "dozwolone" jedynie w okresie karnawału. Rozświetlą nawet zwykły, szary dzień, wyrwą z rutyny i podkolorują nieco tą naszą szarą, polską rzeczywistość.
Pomimo to nie poddaję się i wkraczam w 2013 z pozytywnym nastawieniem do życia i głową pełną pomysłów. Sylwestra spędziłam dość kameralnie, w gronie przyjaciół i chłopaka, ale mimo to bawiłam się świetnie ubrana w fioletową sukienkę New Looka, opaskę ze stroikiem za trzy złote i kapcie.
Dzisiejsze spontaniczne zakupy w lumpeksie w drodze ze szkoły wzbogaciły moją szafę o prawdziwe skarby. Najważniejszym nabytkiem są srebrne brokatowe spodnie z podwyższonym stanem, czyli mój absolutny must have na zbliżające się miesiące. Punkt drugi to prosta, skrząca się spódniczka do połowy uda. Znalazłam również elektrycznie niebieską, zwiewną koszulkę w której zakochałam się od pierwszego wejrzenia. W połączeniu z jeansami stworzy seksowny, ale niezobowiązujący look.
Uwielbiam lumpeksy. Mogę w nich zdobyć unikalne, nieraz świetne jakościowo rzeczy niemalże za bezcen. I po co komu "tiszert" za 99pln?
Gdyby ktoś zadał mi pytanie - gdybym była zwierzęciem to jakim - bez zastanowienia odpowiedziałabym że sroką. Kocham wszystko co się błyszczy. Moim zdaniem nie cekiny, brokat i połyskujące tkaniny nie są "dozwolone" jedynie w okresie karnawału. Rozświetlą nawet zwykły, szary dzień, wyrwą z rutyny i podkolorują nieco tą naszą szarą, polską rzeczywistość.
sobota, 8 grudnia 2012
Dear Paris, I miss you...
Jako że na zewnątrz pizga złem i mrokiem, więc okazji na zdjęcia brak (chociaż może na dniach wykażę się tym heroizmem i odmrożę sobie tyłek przez jakieś 10 baaardzo długich minut?), postanowiłam dodać posta nieco innego niż zwykle. Bo miało być o modzie, typowo szafiarsko, ale po co się szufladkować? Poza tym, ten wyjazd zainspirował mnie jak nic i nikt dotąd. I chociaż byłam tam prawie rok temu, to wciąż myślami wracam do tamtego miejsca. Bo to miasto przyciąga. Nie wierzcie ludziom, którzy twierdzą że jest przereklamowane i że nic ciekawego tam nie ma. Kłamią, albo po prostu nie są w stanie dostrzec jego magii. Ja dostrzegłam. I przywiozłam ze sobą parę zdjęć żeby pokazać innym trochę tej magii. I obiecałam sobie że wrócę. Za rok, dwa, a może i za dziesięć. Ale wrócę z całą pewnością, bo nie ma miejsca na świecie w którym dotąd czułabym się tak dobrze.
Dobra. Jedyną rzeczą która mnie rozczarowała jest Wieża Eiffla. Bo ok, z daleka pięknie dopełnia obraz Paryża, a z niej samej roztacza się nieziemski widok (który pewnie wygląda jeszcze lepiej w ciepły, słoneczny dzień), ale z bliska? Ot taka sobie kupa żelastwa. Nic specjalnego. Jedyny plus, to panorama która ukazuje się nam po wjechaniu na samą górę (chociaż nie jestem do końca pewna czy warto czekać 2h w kolejce tylko dla tego widoku).
Musiałam wyglądać co najmniej komicznie chodząc i pstrykając zdjęcia wystawom sklepowym i ludziom, ale to było silniejsze ode mnie. Wszystko na ulicach mnie zachwycało!
Automaty z rowerami to kapitalny pomysł! Następnym razem wypożyczę taki i będę cały dzień jeździć nim po Paryżu w berecie i uroczym kombinezonie, a do koszyczka włożę bagietki!
W tych okiennicach zakochałam się już od pierwszego wejrzenia i na miejscu obiecałam sobie, że kiedyś będę mieszkać w kamienicy z identycznymi.
Jeśli ktoś dotrwał do końca tego dłuuuuuugiego jak Mur Chiński to składam serdeczne gratulacje. Chyba już tak mam, że o rzeczach, miejscach i osobach które kocham mogę się rozpisywać godzinami. Właśnie pokazałam Wam skrawek siebie, mam nadzieję że nie zanudziłam Was na śmierć i że chociaż trochę się podobało.
Dobra. Jedyną rzeczą która mnie rozczarowała jest Wieża Eiffla. Bo ok, z daleka pięknie dopełnia obraz Paryża, a z niej samej roztacza się nieziemski widok (który pewnie wygląda jeszcze lepiej w ciepły, słoneczny dzień), ale z bliska? Ot taka sobie kupa żelastwa. Nic specjalnego. Jedyny plus, to panorama która ukazuje się nam po wjechaniu na samą górę (chociaż nie jestem do końca pewna czy warto czekać 2h w kolejce tylko dla tego widoku).
Z takiej perspektywy zapowiadała się całkiem obiecująco, im bliżej tym gorzej...
Z kolei miejscem które w stu procentach zawładnęło moim sercem jest Montmarte - dzielnica która niegdyś skupiała paryskich artystów. Mieszkał na niej sam Picasso. Kiedy myślę o Paryżu, od razu mam przed oczami właśnie to miejsce. Maleńkie kafejki, wąskie brukowane uliczki i ten niepowtarzalny klimat.
I jak na złość akurat tam mój aparat musiał zacząć strzelać fochy.
I czymże byłby Paryż bez słynnego Moulin Rouge? Obiecałam sobie, że następnym razem gdy będę w pobliżu, odżałuję tą niemałą sumkę i obejrzę przedstawienie.
Kolejnym miejscem, które wywarło na mnie ogromne wrażenie był Pere Lachaise - jeden z najsłynniejszych paryskich cmentarzy. Ogromna przestrzeń, cała zabudowana imponującymi nagrobkami, rzeźbami, sprawiała wrażenie opuszczonego miasta. Mnie oprócz 'architektury' interesował również grób Jima Morrisona, wokalisty jednego z moich ulubionych zespołów - The Doors. Odrzucił mnie odrobinę fakt, że płyta nagrobkowa nosiła na sobie ślady... pocałunków! Odbita kobieca szminka wołała do mnie z zimnego kamienia. Miłość do idola, rozumiem, ale to już chyba lekka przesada. Myślałam że już nic mnie na świecie nie zdziwi.
I żeby nie było za kolorowo - Luwr. Wychwalany pod niebiosa. Dla mnie? Nic specjalnego. Tak, dzieła sztuki były piękne, ale ilość ludzi (szczególnie przy portrecie Mona Lisy) była przytłaczająca i odbierała jakiekolwiek chęci do zwiedzania. Tak więc zrobiłyśmy z koleżanką jedną szybką rundkę po piętrze i poszłyśmy na kawę bo dłuższe poruszanie się w takim tłumie nie miało większego sensu.
Na koniec podsumowanie, a raczej może zbiór tego, co w Paryżu spodobało mi się najbardziej. I wyrwane z kontekstu raczej nie ma najmniejszego sensu, jednak razem, układa się w jedną magiczną całość. Bo Paryż tworzą ludzie - świetnie ubrani, piękni, stylowi, małe elementy budynków, neony ulicy czerwonych latarni, karuzele, sklepy, nawet bilboardy, które tam wydają się piękniejsze.
Musiałam wyglądać co najmniej komicznie chodząc i pstrykając zdjęcia wystawom sklepowym i ludziom, ale to było silniejsze ode mnie. Wszystko na ulicach mnie zachwycało!
Automaty z rowerami to kapitalny pomysł! Następnym razem wypożyczę taki i będę cały dzień jeździć nim po Paryżu w berecie i uroczym kombinezonie, a do koszyczka włożę bagietki!
W tych okiennicach zakochałam się już od pierwszego wejrzenia i na miejscu obiecałam sobie, że kiedyś będę mieszkać w kamienicy z identycznymi.
Jeśli ktoś dotrwał do końca tego dłuuuuuugiego jak Mur Chiński to składam serdeczne gratulacje. Chyba już tak mam, że o rzeczach, miejscach i osobach które kocham mogę się rozpisywać godzinami. Właśnie pokazałam Wam skrawek siebie, mam nadzieję że nie zanudziłam Was na śmierć i że chociaż trochę się podobało.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























